Kramsk   ::   Kontakt


Franciszek Pruski

Franciszek Pruski - Kramsk na starych fotografiach

Ksiądz Franciszek Pruski, łodzianin, stanowisko nowego wikariusza parafii Kramsk objął w drugiej połowie czerwca 1914 roku. Proboszczem Parafii Kramsk był wówczas ksiądz Stanisław Maniewski1. Ksiądz Franciszek Pruski dramatyczne chwile swego życia opisał na marginesie brewiarza, gdy oczekiwał na wyrok sądu. Te wspomnienia zatytułował "Moja dola w latach wojny 1914 - 1915". Brewiarz ten, będący w swoim czasie w posiadaniu ks. Wojdasa, zaginął. Zachowały się tylko odpisy wynurzeń ks. Pruskiego.

"Stanowisko nowego wikariusza w parafii Kramsk, powiatu konińskiego objąłem w roku 1914, mniej więcej w drugiej połowie miesiąca czerwca, gdzie spokojnie przebywałem w ciągu trzech miesięcy. Gdy wybuchła wojna obaj, wraz z proboszczem cieszyliśmy się, że wojenna zawierucha nas nie dosięgnie, bo rzeczywiście sama miejscowość jest położona w takim kącie, że otoczona jest prawie ze wszystkich stron łąkami, błotami, a gdy jest rok deszczowy, trudny bywa do niej wjazd i wyjazd. Lecz stało się inaczej. W końcu sierpnia spadł aeroplan, zestrzelony przez kozaków w miejscowości Podgórze naszej parafii. Była godzina 10:00, gdy po nabożeństwie i spożytym śniadaniu czytałem gazetę, wpadł kościelny, mówiąc: "proszę księdza, spadł aeroplan!"

Odparłem kościelnemu, że niezwłocznie wyjdę, tylko narzucę palto. Ubrawszy się wyszedłem, a w drodze spotkałem ks. proboszcza, z którym razem udaliśmy się na miejsce wypadku. Gdy tam przybyliśmy zastaliśmy moc kotłujących się ludzi. Wkładając rękę do kieszeni wyjąłem rewolwer, tym bardziej, że słyszałem głosy ludzkie: "będzie strzelał, będzie strzelał!" Z bronią w ręku nakazałem się ludziom cofnąć i niczego jeszcze nie widząc, powiedziałem: "odbierzcie mu broń" . Podobnie i ks. proboszcz rozpędzał ludzi. Wówczas ujrzeliśmy oficera niemieckiego wybladłego i wystraszonego. Na widok taki, schowawszy broń do kieszeni, podszedłem do niego i jak mogłem starałem się z nim porozumieć. Po wzajemnym przedstawieniu się sobie, dowiedziałem się, że nazywa się on Natzmer, że w aeroplanie miał towarzysza, którego zabito i którego zmuszony był wyrzucić. Ze swej Franciszek Pruski - Kramsk na starych fotografiach strony zaproponowałem mu, aby poszedł ze mną na herbatę, lecz sprzeciwiał się temu ks. proboszcz, mówiąc, że sprowadzę mu na głowę kozaków. W tej chwili nadszedł wójt z pisarzem i rozpoczęli swoją czynność. Ja zaś przez ciekawość wszedłem do aeroplanu, by zobaczyć jak on wygląda, gdzie też na ławce zobaczyłem igielnik z guzikami, który włożyłem do kieszeni. Wójt, ulokowawszy oficera na wozie, pojechał z nim do Koła, gdzie, jak mi opowiadali, przyjęto go jako dżentelmeni przyjmują dżentelmena. Zdawało się, że się na tym skończy. Lecz inny obrót przyjęła sprawa. Kiedy spadł ów aeroplan i wyskoczył z niego oficer, ludzie, którzy wówczas byli w polu, podobno rzucili się na niego i przewrócili. Na nas, tj. na mnie i na ks. proboszcza poczęto mówić, że sypaliśmy mu piaskiem w oczy, bili kijami. Ja nawet jakobym miał strzelać, co jako Bóg w niebie jest nieprawdą. Nic też dziwnego, że proboszcz i ja opuściliśmy parafię. Wyjeżdżając wstąpiłem do Orla, gdzie spotkawszy p. Urbanowskiego wraz z nim wyjechałem do Miłonic, majątku p. Szypowskiego. Tutaj przebywałem kilka miesięcy, gdzie znów Nemezis mnie ścigała, bo w miesiącu październiku była tu bitwa, podczas której właściciel uciekł, ja zaś zostałem. Po bitwie przebywałem tutaj do l stycznia, tj. dopóki starczał mi fundusz na wyżywienie, i dopóki ludzie miejscowi dawali mi posłuch. Trudne to było zadanie. Przez długi okres czasu nie było dnia, by nie przechodził jakiś oddział wojska niemieckiego. W czasie śledztwa zarzucano mi fanatyzm, a że tak nie jest, za dowód mogą służyć fakty, a czego świadkami byli ludzie w Miłonicach. Zdarzało się bowiem, że odstał jakiś maruder i przybywał do nas. Takiego marudera zapraszałem do siebie, nakarmiłem i dawałem nocleg, a nie był to fakt sporadyczny. W czasie wigili podzieliłem się rybą z oficerem, który budował trakt linii kolejowej. Wzajemnie przez niego byłem poproszony do nich na kolację, w której też uczestniczyłem. Po wyjeździe z Miłonic przybyłem do Łodzi, przebywając częścią u rodziców, częścią u brata. W końcu kwietnia brat wyjeżdżał do Koła. Zabrałem się z nim i ja, by odwiedzić Miłonice i zobaczyć jak się tam rządzą. Tu dowiaduję się o zmianach, a mianowicie, że wspólnikiem tego majątku jest p. Szwarcenzer, o czym p. Szypowski nie wspominał, a jeżeli mówił, to zwykle jako o pośredniku, który zaproponował mu kupno tego majątku. Franciszek Pruski - Kramsk na starych fotografiach Naturalnie, do tego czasu, tj. siedząc w więzieniu w Kutnie jestem przekonany, że żadnym wspólnikiem, ani właścicielem nie jest, lecz mniejsza o to, przez tego stało się nieszczęście, w które wpadłem. Oto jak się sprawa przedstawiała. On miał mnie przekonać, że jest prawym właścicielem majątku, na dowód czego daje mi dowody, jak np., że p. Tarnowski oddał mu pieniądze, jakie otrzymał za kartofle, że zgodził ogrodnika gorzelnego itp. Ja wtedy uwierzyłem. On wówczas zapytał mnie czy nie posiadam jakich kwitów rekwizycyjnych. Odparłem, że mam, ale nie przy sobie, że za tydzień będę mu je mógł dać. Poprosił mnie o adres, gdzie będę przebywał. Ja głupi podałem, a mianowicie: Łódź, ul. Wólczańska 79. Po wyjściu z mieszkania wraz z bratem wyjechaliśmy do Koła, ja zaś z młodym Tarnowskim do Pawlikowic, gdzie starszemu p. Tarnowskiemu wręczyłem kwity, poczym sam udałem się do Łodzi i dziś właśnie, dnia 11 maja 1915 roku ubiegają 3 tygodnie jak zastała mnie policja u brata.

Mój Boże, przez jakie pohańbienie przechodziłem. Skrępowano mi ręce i jak psa na łańcuchu prowadzono dwukrotnie do sądu, gdzie przeczytano mi zeznania dwóch świadków Iza i Lof, jakobym z bronią w ręku, przyłożoną przez długi czas do piersi oficera, jam mu nie pozwolił zbiec. Godzina 12:00 w południe czekam na rezultat rozprawy, na wyrok, u siebie w celi... O 3:00 przeczytano mi wyrok śmierci. Amen. Franciszek Pruski - Kramsk na starych fotografiach

Podpisano: ks. Franciszek Pruski. Kutno dnia 11 maja 1915 roku". Ks. T. Wojdasowi szczerze Bóg zapłać za pożyczenie mi brewiarza. Proszę ode mnie ' podziękować i pożegnać ks. ks. Wyżykowskiego, Tymienieckiego, Małczyńsk ego, Malinowskiego, ks. prałata Szmidla. W szystkich Was, W. Chrystusie bracia, proszę o modły i wspomnienia we Mszy św. za moją niegodną duszę. Salve Christe! Vivat Polonia!"

W słowach tych mieści się cały ogrom nieszczęścia ks. Franciszka Pruskiego. Grono łodzian wystawiło kapłanowi pomnik nad mogiłą. Wyobraża on postać anioła, płaczącego nad dolą ks. Pruskiego. Poniżej płaskorzeźba księdza Pruskiego.

Grono łodzian wystawiło kapłanowi pomnik nad mogiłą. Wyobraża on postać anioła, płaczącego nad dolą ks. Pruskiego. Poniżej płaskorzeźba księdza Pruskiego.

O wykonaniu wyroku na księdzu Franciszku Pruskim informowała również gazeta polska dla ludu polsko-katolickiego "Głos Śląski" z soboty, dnia 3-go lipca 1915 roku.



1. Ksiądz Stanisław Maniewski rolę proboszcza Parafii Kramsk pełnił w latach 1908 - 1915. Najważniejszą inwestycją, jakiej podjął się w tym czasie, było zlecenie wykonania polichromii Adamowi Sulczyńskiemu. W latach 1900 - 1906 był proboszczem w Parafii Licheń. Zasłynął tam z budowy "Kaplicy Sosny".



Źródła:
Dziennik Zarządu Miejskiego w Łodzi - Treść zeszytu 8-go z dnia 15 sierpnia 1938 roku.